No i tam dopiero było fantastycznie w ogóle grzech mówić, ale na terenie Oświęcimia myśmy się tak cudownie bawili, jak nigdy w życiu. Wszyscy byli z Warszawy przeważnie, bo z Łodzi nie było przecież żadnych filmowców. Po powrocie z pobytu w Oświęcimiu, trzy miesiące chyba to trwało, były egzaminy, koniec roku szkolnego, że tak powiem, dyplomy. No i po tym kilka osób zrezygnowało nawet, ale szereg został w tym filmie, a potem się jakoś wykruszali. A dzisiaj już nikt nie żyje poza mną" - opowiadała Irmina Romanis rozmowie, zamieszczonej na stronie Muzeum Kinematografii w Łodzi.