Casus belli dla Mateusza Morawieckiego w konfrontacji z Jarosławem Kaczyńskim było niewątpliwie mianowanie Przemysława Czarnka premierem in spe. W tym momencie zrozumiał on, że wobec ścigania się z Konfederacjami na radykalizm nie będzie w PiS miejsca dla niego i jego ludzi. Gdyby wyszli z PiS na kilka miesięcy przed wyborami, prezes miałby o wiele twardszy orzech do zgryzienia. Współpracownicy Morawieckiego nie mają ani jednego, ani drugiego – czyli ani wielkiego doświadczenia politycznego, ani betonowych wyborców. Jeśli partia Morawieckiego będzie apelować do elektoratu centrowego, oznaczać to będzie krzyczenie do pustej studni.