Zaopatrywał się w nim ambasador USA, ale też minister Bezpieczeństwa Publicznego, gdy chciał zawieźć Stalinowi do Moskwy srebrną paterę. Jedna z podsądnych w czasie przerwy w rozprawie oburzyła się, że herbatę do popicia lekarstwa konwojentka przyniosła jej w blaszanym kubku. Kajali się, że gromadzili złoto, ale dzięki temu mogli żyć jak na Zachodzie, choć wokół było tak siermiężnie. Włodzimierz Ch., przyznając się do zarzucanych mu czynów, tłumaczył, że wciągnął się w hazard, bo skusiło go, że nie ponosił kosztów. Kiedy jego partnerka życiowa z ich córką dowiedziały się, że nagle zmarł proboszcz, jeszcze tej nocy otworzyły plebanię, a w niej sejf.